Frapującym jest, ile łat na łacie polscy drogowcy są w stanie przykleić. To są nieprawdopodobne ilości!! Po prostu wykonawcom tych, tzw. remontów dróg, bardziej opłaca się klajstrować łaty kolejnymi łatami niż położyć nowy kawałek nawierzchni. I wszyscy zadowoleni i plan wykonany i premia będzie….
Ale nie o tym miało być. Huty prześcigają się w obwieszczaniu podwyżek cen blach. Dyskusje trwają tylko na poziomie: o ile EUR podniesiemy ceny i w jakiej sekwencji kalendarzowej. Tu padają kwoty rzędu 80 a nawet 100 EUR za tonę i terminy krótsze niż kwartał. Pamiętam jeszcze (ma się tę pamięć, a co!), jak pod koniec ubiegłego roku producenci stali namiętnie uruchamiali kolejne wielkie piece zwiększając zdolności produkcyjne. Niby brak popytu, niby nic się na rynku nie dzieje, ale co tam!! Jeden czy dwa wielkie piecyki nic nie zmienią a będziemy gotowi w razie gdyby co.. w razie gdyby już…
Jazda po patchworkach skłania do myślenia. Nie tylko o Ministerstwie Infrastruktury (pierwszy przypadek w historii świata utworzenia ministerstwa od rzeczy, które podobno dopiero mają się u nas w przyszłości pojawić…. ) ale też o naszej branży. Pęd do zarabiania pieniędzy i poprawiania wskaźników jest wśród hutników tak silny, że zagłusza zdrowy rozsądek. Otóż mamy do czynienia z tradycyjnym już, branżowym procesem przegrzewania rynku. Producenci stali, odurzeni sylwestrową wizją nowego, rewelacyjnego roku, podnoszą na zabój ceny, zwiększając jednocześnie moce produkcyjne. Rozgrywa się klasyczny schemat – w I kwartale ceny ostro w górę, szalejąca euforia pod hasłem sky is the limit (dla mniej biegłych w językach: wszystko jest możliwe). W drugim kwartale zapewniamy rynek, że koniunktura nie słabnie, gospodarka ma się dobrze i tylko tak dalej,. W III kwartale „notujemy pewne symptomy spowolnienia”. W IV kwartale oddajemy grzecznie wszystko, co zarobiliśmy w pierwszych trzech kwartałach….
Czy ktoś z branży nie zna tego schematu!? Znają go wszyscy. Problem polega na tym, że to szaleństwo co roku wyzwalają producenci a płacą za to bogu ducha winni klienci, i dystrybutorzy.
Nie trzeba być Wielkim Wizjonerem, by przewidywać rzeczy oczywiste. Mechanizm jest banalny: jeśli zbyt podniesiemy ceny, to zacznie do Europy napływać towar ze Wschodu i Dalekiego Wschodu. Z kolei jeśli zwiększymy moce produkcyjne w sytuacji ograniczonego popytu to doprowadzimy do nadpodaży i spadku cen. Czy to takie trudne do zapamiętania?! Jak widać trudne, bo rok w rok ta prosta prawda jest jakby nie do zrozumienia. Przecież gdyby główni gracze rynku stalowego spowolnili swoje apetyty w maju 2008, to może ten kryzys nie byłby dla branży tak dotkliwy? Oczywiście, że nie byłby!! Spadalibyśmy wtedy z dużo niższego pułapu i z dużo mniejszym hukiem..
Ale jedno jest pewne – kreatorzy rynku muszą mieć „świadomość tworzenia”. Ten bezustanny, coroczny eksperyment ekonomiczny w ich wydaniu musi trwać.
A rynek? Tutaj zdjąłem nogę z gazu i zatrzymałem się na patchworkowej nawierzchni.. Rynek nie jest gotów.. Kupi drożej, bo musi… I kupi niewiele, bo niewiele potrzebuje na swoją, mocno ograniczoną produkcję. A za te droższe zakupy każe nam słono zapłacić…. Już nie długo …. Szykujmy kasę… Na drodze do zamknięcia się tego corocznego cyklu może stanąć jedynie niedobór surowca. Producenci rudy żelaza jak się zorientowali co hutnicy wyrabiają , to na zabój zaczęli redukować moce wydobywcze…. I chyba zbyt szybko ich nie odtworzą…. I to jedno może spowodować, że ceny ustabilizują się na nieco podwyższonym poziomie.
Ten wpis zdobył dotychczas następującą ilość punktów: 44 
wiadomości branżowe, bezpłatnie prosto na Twoją skrzynkę pocztową.

Zobacz jak radzili sobie dystrybutorzy stali w minionym roku.

Szkolenia ? E-learning ? Baza wiedzy ? Mamy to wszystko: Akademia Rozwoju PUDS